Maja Matejuk z Międzyrzeca Podlaskiego ma dwa lata. Jest uroczą i inteligentną dziewczynką. Ale nie słyszy. Na drugi implant ślimakowy rodzice muszą zebrać 30 tys. euro.
O tym, że Maja nie słyszy, Ewa i Marek Matejukowie dowiedzieli się w ubiegłym roku, zanim dziewczynka skończyła rok. – Zaczęła się gonitwa po lekarzach: audiolog, laryngolog, psycholog, neurolog. Badania słuchu wykonane zaraz po narodzinach Mai nie wykazały żadnych zaburzeń. Rozwijała się prawidłowo. Pięknie głużyła i reagowała, odwzajemniając nam uśmiechy. Wówczas nic nie wzbudzało podejrzeń. Do dziś nie znamy przyczyn choroby naszej córki i nie wiemy, czy Maja urodziła się ze swoim niedosłuchem, czy jest to niedosłuch postępujący, czy też schorzenie nabyte. Uszkodzenia słuchu Mai wynoszą około sto decybeli na każdym uchu, czyli w praktyce Maja nie słyszy – wyjaśnia Marek Matejuk, tata dziewczynki.
Rodzice wielokrotnie jeździli do specjalistów w Lublinie i Warszawie. Czas oczekiwania na badania i wizyty refundowane przez NFZ liczony był w tygodniach i miesiącach. Diagnozy lekarzy nie były jednoznaczne. W kwietniu ubiegłego roku Maja została przyjęta do Instytutu Fizjologii i Patologii Słuchu w Warszawie i zaczęła nosić wypożyczone aparaty słuchowe. – Nie pomagały. Podjęliśmy więc starania zmierzające do wszczepienia naszej córce implantu ślimakowego. W grudniu ubiegłego roku nasza córka przeszła operację w Międzynarodowym Centrum Słuchu i Mowy w Kajetanach – opowiadają Matejukowi... |